piątek, 30 sierpnia 2013

BeBeauty, peeling borówkowy



 No cóż... Tu miały się znaleźć w środę zdjęcia z niedzielnej wyprawy do Puszczy Kampinoskiej. Trzymałam się tak kurczowo tej wycieczki, cieszyłam się na nią jak dziecko (nie mogliśmy pojechać nad morze, to Michr obiecał mi chociaż jednodniową wycieczkę do lasu) i... nic. Nie wypaliło. Plan był cudowny: zebrać się z przyjaciółmi, podjechać do Kampinosu, wleźć w las, połazić, zjeść sushi... Niestety, przyjaciel zapomniał nam powiedzieć, że mu się nie chce. Kiedy w końcu udało nam się do niego dodzwonić, było za późno na wycieczkę i nie mieliśmy czym pojechać. 

Od poniedziałku jestem chora. Tzn moment kulminacyjny przyszedł w środę, podczas podróży do domu, ale od poniedziałku "coś było nie tak". A w środę... 10 sekund zabrakło mi do wbiegnięcia do pociągu. Musiałam kombinować jak koń pod górkę, ale w końcu udało mi się zaplanować podróż jeszcze raz (w tym momencie pragnę podziękować sama sobie, że mam do wyboru podróż do Kutna lub do Łodzi, a stamtąd coś do domu, że ktoś pomyślał o szybie dzielącej mnie i złośliwą panią w kasie, i że miałam dość pieniędzy na karcie, by wleźć w internet w telefonie i poszukać sobie odpowiednich połączeń - dlaczego na Dworcu Zachodnim w Warszawie NIE MA wifi a na Widzewie w Łodzi JEST?). Czekając w Łodzi na autobus rozchorowałam się już totalnie ("Łódź, k***a"). 
 
Wczoraj wydałam kupę pieniędzy na kosmetyki i nie tylko, w sierpniu zdecydowanie PRZESADZIŁAM z wydatkami. I jeszcze głupio usprawiedliwiam się, że we wrześniu będę miała mnóstwo innych, koniecznych wydatków, więc MOGŁAM. Bullshit, we wrześniu przyjeżdża Arti z moją porcją kosmetyków z DM :D  

Mieszkania nadal nie ma. 

Dobra, koniec wielkich żali panny Ali ;)

 Przejdę do rzeczy i przedstawię Wam, moje Drogie, peeling borówkowy BeBeauty.
Peeling stanowi dla mnie ważny element pielęgnacji ciała. Przygotowuje skórę przed dostarczeniem jej składników odżywczych, wygładza. Jestem osobą, która uwieeelbia peelingi, szczególnie te mocne. Warunek jest jeden: dla mnie peeling nie może być na bazie parafiny.
Za każdym razem, gdy Biedronka wypuszcza gazetki urodowe, zaczyna się szał. Przyznam szczerze, że czasem ceny, które proponują za niektóre kosmetyki są naprawdę korzystne i opłaca się je kupować. Tym razem (no dobra, w lutym) zaczaiłam się na peelingi. Miałam nadzieję na mojego ulubieńca o zapachu mango, lecz na miejscu przywitały mnie tylko borówka i winogrona. Zdecydowałam się więc na borówkę.









Peeling otrzymujemy w słoiczku/pudełku mieszczącym 200ml. Cena jest różna, zależna od promocji ;) Np. mango dorwałam za ~4-5zł, a borówkę za ~7-8zł. Dostępne jedynie w Biedronce, przy okazji akcji kosmetycznych (choć tym razem ich nie widziałam). Kosmetyk zabezpieczony jest sreberkiem,  na które trzeba uważać – lubi być ostre ;) Dobieranie się do peelingu, kiedy ręce są mokre, może być trochę kłopotliwe. Szata graficzna mi się podoba, ale wiadomo, to sprawa drugorzędna. Zapach średnio przypadł mi do gustu, wydaje się sztuczny, chemiczny. Pachnie nieco  jak guma orbit dla dzieci. Ku mojemu niezadowoleniu zapach utrzymuje się na skórze.



Peeling ma konsystencję kisielowato-galaretkową, która lubi spadać z palców oraz ciała i chętnie ląduje w brodziku, przez co nie jest zbyt wydajny. Drobinki są pięknie widoczne i muszę powiedzieć, że całkiem dobrze ścierają martwy naskórek, choć nie jest to najmocniejszy peeling na świecie. Mam wrażenie, że wersja mango była trochę lepsza pod tym względem. Kosmetyk nie zostawia okropnego filmu na skórze, jedynie przyjemną otoczkę, która powoduje, że skóra wygląda na (a może i jest?) nawilżoną. Podoba mi się ten efekt, gdyż nie jest nachalny ani zapychający jak bywa to w przypadku peelingów na bazie parafiny. Uwaga, po spłukaniu kosmetyku w brodziku/w wannie pojawia się nieładny osad taki jak po kawowym peelingu.



Podsumowując: peeling jest całkiem przyjemnym zdzierakiem, który nie zostawia niemiłego filmu na skórze. Obietnice producenta zostały spełnione. Pachnie intensywnie i nie każdemu ten zapach może przypaść do gustu – mnie niezbyt się podoba. Po skończonej zabawie mamy syf w wannie/brodziku, ale na szczęście łatwo wszystko ogarnąć. Kosmetyk jednak nie zasłużył na miano mojego ulubieńca – szukam dalej ;) 

P.S. moja mama zerknąwszy na ostatnie zdjęcie spytała, czy to fotografia jakiegoś paskudnego oparzenia. Love my Mum.

środa, 21 sierpnia 2013

Przeciwzmarszczkowy krem do twarzy spf 50+ Ziaja Med – warto?



Hej ;) 
Co za szalony dzień! Jeszcze nie ma południa, a ja już biegam i szaleję, i z niczym nie mogę zdążyć... ;)
 
Nie wiem, jak Wy, ale ja raczej unikam słońca i chowam się przed nim. Mam bardzo jasną skórę, która na słońce reaguje mocnym zaczerwienieniem, które potem znika, a ja nadal jestem bardzo, bardzo blada (z wyjątkiem twarzy, tu po prostu pojawiają się piegi, które są ciemniejsze i wyglądają na opaleniznę). Po prostu nie umiem się opalić, a jak próbuję, to od razu cierpię ;) Dlatego też staram się ochraniać ciało filtrami. Twarz też by coś chciała, prawda? Kiedyś po prostu przed wyjściem nakładałam zwykły krem z filtrem, a teraz chciałam coś dokładnie do twarzy. Przeglądałam kremy znanych marek, a ich ceny mnie porażały, tym bardziej, że taki krem zużywa się nieco szybciej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy Em na swoim blogu napisała o nowościach Ziaja – trzech kremach do twarzy spf 50+: matującym, przeciwzmarszczkowym i tonującym. Pobiegłam na drugi dzień do apteki i dorwałam jedyny, jaki był. Czyli przeciwzmarszczkowy ;) Ostatecznie przekonał mnie napis: „dla osób w każdym wieku”. Czy jestem zadowolona?




Aqua, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate (Uvinul A Plus), Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Polymethyl Methacrylate (Tinosorb S), Dimethicone, C12-15, Alkyl Benzoate, Glycerin, Triethylhexanoin, Ethylhexyl Triazone, Potassium Cetyl Phosphate, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimethylcarbonate Copolymer, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Carbomer, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Ethylparaben, Parfum Citronellol, Limonene.


Podoba mi się, że krem był w zamkniętym kartoniku, w którym znajdowała się również ulotka. Jak przy leku. To zwiększyło moje zaufanie i nie mogłam się doczekać, aż wypróbuję kosmetyk. Kupiłam go za 18zł w aptece, jednak był do niego dołączony jakiś inny krem. Tubka mieści 50ml i jest zakręcana – wielka szkoda, bo wygodniejsza byłaby typowa, z klapką. Nie jest przezroczysta, ale pod światło widać, ile kosmetyku zostało.



Zapach kremu przypomina mi klasyczną nivejkę. Ta woń kojarzy mi się z dzieciństwem, bardzo ją lubię, więc ucieszyłam się, że mój nowy nabytek tak pachnie. Krem jest lekko żółtawy, podejrzewam, że to ze względu na filtry. Konsystencja lekka, łatwo się rozsmarowuje, nie bieli. Niestety, nie wchłania się szybko. Po posmarowaniu się czuję krem na sobie jeszcze przez bardzo długi czas. Co gorsza – lepię się. Niestety jakikolwiek makijaż odpada.  




Nie jestem zadowolona z działania. Nie podoba mi się fakt, że na moich policzkach pojawiają się czerwone plamy, mimo krótkich spacerów. Wyglądają, jakbym wyszła na słońce bez żadnej ochrony - na pewno nie jest to podrażnienie czy też uczulenie. Poza tym, niestety, ale po tym kremie błyszczę się niemiłosiernie. Wiedziałam, że nie zapewni mi matu tak jak jego matująca wersja, ale żeby aż tak…? Nie zapchał mnie ani nie podrażnił, ale czułam się, jakbym twarz miała owiniętą folią. Niestety wzmagało to pocenie, w związku z czym byłam nie tylko lepiąca, ale i mokra.
No ale ja, jak to ja, oczywiście stwierdziłam, ze mam za miękkie serduszko i jakoś zużyję ten krem. Pomyślałam o smarowaniu całego ciała, w końcu na tubce było coś o nakładaniu kremu na odsłonięte części ciała ;) Niestety, rozczarowałam się kolejny raz – skóra ciała lepiła się bardziej niż twarz i błagała o natychmiastowe zmycie z siebie tego kremu.



Krótkie podsumowanie dla leniuszków, czyli zalety i wady:
+zapach
+konsystencja
+dobre zabezpieczenie kosmetyku – w kartoniku, który szczelnie owinięty był zaklejoną folią
+cena – w porównaniu z innymi kremami
+nie zapycha
+nie bieli
+/- - niewygodna, odkręcana tubka
-uczucie lepkości
-sprawia, że twarz się świeci
-nie nadaje się pod makijaż
-wystąpienie mocno czerwonych plam po spacerze świadczy o braku ochrony

Żałuję, że krem się u mnie nie sprawdził. Nie mogę wybaczyć mu tego, że tak się po nim lepię – to go całkiem dyskwalifikuje. Jestem naprawdę zawiedziona brakiem odpowiedniej ochrony. Myślałam, że krem spf50+ mi ją zapewni... Znacie? A może inna wersja tego kremu sprawdziła się u Was lepiej?

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wyzwanie na 7 metamorfoz u Akashiyi Viv - pozostałe tematy.



Hej :)
Wracam do Was z zaległymi tematami wyzwaniowymi. Vivka pewnie myślała, że już nie wrócę, no cóż – mam nadzieję, że miło się rozczaruje. Powodów mojej nieobecności jest kilka, ale nie będę się nad tym rozwodzić, zapewne macie swoje problemy ;)

Zacznę od zaległych tematów. Na pierwszy ogień idzie Flower Power.



Myślałam, że to będzie bułeczka z masłem, ale jednak nie. Mnie hasło "flower power" kojarzy się głównie z hipisami, ale gdy zobaczyłam to: 
źródło
to postanowiłam iść w nieco innym kierunku. Wygrzebałam kwiat i związałam nim warkocz. Może się mylę, ale hipisi też kojarzą mi się z opaskami dookoła głowy i warkoczami (również warkoczowymi opaskami), może z nutką romantyzmu. No cóż, poległam!

Kolejny zaległy temat to Mexican Skull. Wrażliwców prosi się o szybciutką pracę paluszkiem na rolce myszki.



Temat bardzo mi się spodobał, tu trochę więcej charakteryzacji i to takiej… nietypowej. Miałam problem z białą twarzą. Mimo że jestem blada jak ściana, to jednak takie rysunki lepiej wyglądają na białym tle. Na szczęście przypomniałam sobie o białym eyelinerze w kredce, którego nie znoszę. Turkusowe elementy zawdzięczam kredce Bell, czerń to albo kredka Bell albo czarny cień z palety Sleek. Nie było tak trudno!

No i ostatni temat, tym razem jeszcze nie minął termin ;) Baby Doll. Zmieniłam się w laleczkę, łohoho.



Początkowo miałam wielką ochotę zmienić się w Billy’ego z filmu Dead Silence :D znacie? No jak nie znacie, to mogę Wam polecić – dość fajny horror. No ale zmieniłam się w bardziej łagodną, grzeczną, słodką laleczkę. Podkreśliłam brwi z pomocą cienia z paletki Au Naturel, usta pomalowałam pomadką Clinique, a na policzki nałożyłam… "błyszczyk" stay matte Essence. Sprawdza się genialnie jako róż :) 

Baby Doll to ostatni temat Wyzwania u Akashiyi Viv. W tym miejscu chciałabym bardzo podziękować Vivci za możliwość wspaniałej zabawy i poznania siebie z innej strony (całkiem dobrze czułam się w wersji goth i mexican skull :D). Mam nadzieję, że już niedługo pojawi się kolejne wyzwanie, w którym wezmę udział. 

Przy okazji chciałabym Was poinformować o ciekawej zabawie blogowej - Blogowych Mikołajkach. Ja niestety nie mogę wziąć udziału - może w przyszłym roku, ale może Wy się skusicie? :)

Wszystkie informacje znajdziecie tu: KLIK

wtorek, 6 sierpnia 2013

Ekspresowy krem do depilacji nóg Joanna Sensual



Hej :)
Lato w pełni, upały wszechobecne… Aż chce się chodzić w kostiumie kąpielowym/krótkich spodenkach/spódniczkach/sukienkach. Wiadomo, że chcemy prezentować swoje piękne, gładkie nogi. No właśnie – gładkie.

zeszłoroczne gładkie nogi nad morzem


Niestety/stety jestem naturalną brunetką i mam bardzo jasną karnację, a moje włosy, nie tylko te na głowie, są grube i gęste. Włoski zwykle usuwałam maszynkami jednorazowymi, męską maszynką z wymienianymi ostrzami (która bardzo mi się spodobała) albo depilatorem, jeśli miałam dobry dzień. No ale ostatnio coś nie tak z moim depilatorem, a raczej wrażliwością na ból. W ogóle jestem dziwna – mogę sobie bez problemu wydepilować całą lewą nogę i nawet nie pisnę, a prawej nogi nawet nie mogę ruszyć, od razu płacz z bólu :D 

Wiem, że kremy do depilacji nie są jakieś super – nogi pozostają gładkie tak samo długo jak po maszynce;) tylko wyrastające włosy nie są ucięte, w związku z czym wyglądają delikatniej. No ale i tak kupiłam, chciałam też zobaczyć czy coś się poprawiło w tej sferze. Szczerze mówiąc szukałam kremu Eveline, bo czytałam zachęcającą recenzję, ale nie było go w mojej drogerii. Zdecydowałam się na Joannę Sensual (bardzo lubię wosk do depilacji twarzy tej firmy).



"Dzięki nowoopracowanej formule Krem do depilacji Sensual 3 minuty zapewnia jeszcze szybszą i skuteczniejszą depilację nóg. Zawiera olejek arganowy, który ma właściwości nawilżające, kojące i odżywcze. Po zastosowaniu skóra staje się wyjątkowo gładka i aksamitna w dotyku"



Krem: Aqua, Cetearyl Alcohol, Urea, Calcium Thioglycolate, Potassium Thioglycolate, Potassium Hydroxide, Glyceryl Stearate SE, Propylene Glycol, Ceteareth-20, Butyrospermum Parkii Butter, Chamomilla Recutita Flower Extract, Paraffinum Liquidum, Argania Spinosa Kernel Oil, Parfum, Eugenol, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Cl: 77891.


Za około 7zł dostajemy pudełeczko, a w nim: krem do depilacji 100g, szpatułkę, emulsję nawilżająco-łagodzącą. Krem oczywiście w tubce, niestety zakręcanej. Niewygodnie. Szpatułka wykonana jest z twardego plastiku, niestety na brzegach jest nieco ostra – jakby niespiłowana. Takie zadziory są, mam nadzieję, że wiadomo, o co chodzi ;P Emulsja w małym opakowaniu, teoretycznie jednorazowego użytku, na co jestem zła – lepiej by było, tak jak w przypadku plastrów z woskiem do twarzy, jakby dorzucili tę emulsję w małej tubeczce.
Krem był zabezpieczony folią aluminiową, ale gdy ją odkleiłam, to zauważyłam, że pod nią była gruuuuuuuuuuba warstwa zaschniętego kleju (?), który był bardzo gumowaty. Nie byłam tym zachwycona. Udało mi się zrobić dziurę w warstwie tego czegoś, ale krem ogólnie leciał też po bokach i zanim się zorientowałam, to trochę znalazło się na podłodze.



No cóż, krem różami nie pachnie, śmierdzi jak … hm. Krem do depilacji :D ale na szczęście po aplikacji smród ulatnia się. Szpatułka ładnie rozprowadza kosmetyk. Czekałam około 7 min, co zaleca producent przy grubszych włosach. I tu niespodzianka! Zdaje mi się, że krem działa!
Szpatułka po raz kolejny zdaje egzamin, bo ładnie zbiera krem, uwaga tylko na śliskie brodziki/wanny. Zadowolona pozbyłam się niechcianego owłosienia – a przynajmniej byłam tego pewna w łazience pod prysznicem. W pełnym świetle okazało się, że niestety, ale pozostało dużo sporych placków z włoskami, które i tak musiałam potem golić maszynką.



Emulsji nie testowałam, bo parafina. W kremie też jest, no ale chciałam przetestować głównie krem ;) Poza tym na pewno nie pisałabym, że produkt jest wzbogacony olejkiem arganowym – jest go raczej odrobina, przed zapachem (zapachem?!).
Ostatnia kwestia – wydajność. Moim zdaniem bardzo niska. Nakładałam krem równomiernie, cienką warstwą. Pół tubki poszło na same łydki… To marny wynik, pamiętam, że kiedyś inny krem tej samej firmy wystarczył mi na kilka razy: na całe nogi i ręce.



Na plus: nie podrażnia po, nie szczypie w trakcie, usuwa włosy, wygodna szpatułka, niska cena
Na minus: zapach, niewygodne opakowanie z dziwnym klejem (?) – krem wylatywał nieregularnie i wystrzeliwał z tubki,  słaba wydajność, i tak trzeba poprawiać maszynką

Darzę zaufaniem tę firmę, plastry z woskiem do depilacji twarzy mnie nie zawiodły, dlatego też postanowiłam wypróbować ten krem. Niestety, ale oczekuję większej skuteczności – nie po to siedzę z kremem dłużej, żeby potem musieć poprawiać robotę golarką, z której chciałam zrezygnować. Nie kupię ponownie. 

I tu chciałabym prosić Was, moje Drogie, o pomoc.
Czy któraś z Was stosuje w domu wosk na ciepło? Znacie tę metodę? Podoba Wam się? Jest skuteczna? Możecie doradzić mi jakieś konkretne podgrzewacz i woski? A może znacie jakąś inną, skuteczną metodę depilacji, po której możecie cieszyć się gładką skórą bez podrażnień?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...