sobota, 30 sierpnia 2014

Aktualizacja włosowa - sierpień 2014.

Dziś post tasiemiec, więcej czytania niż oglądania, lojalnie uprzedzam :) 
Ten miesiąc jest przełomowy, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. W czasie roku akademickiego bardzo się zapuściłam: praktycznie tylko myłam głowę szamponem i dawałam odżywkę bez spłukiwania. Włosy pięknie mi się odwdzięczyły, kołtuny były wszędzie, a włosy leciały jak szalone. W lipcu byłam dwa tygodnie nad morzem, to też swoje zrobiło. Powiedziałam sobie: dość tego. Tyle wolnego czasu na eksperymenty! Postanowiłam powrócić do olejowania i nakładania masek. 2 dni temu ścięłam końcówki. Już czuję, że włosy odżyły...

Tu się ładnie prezentują, ale zdjęcie zrobione jest pod dziwnym kątem (Michał celował w mój tyłek >.>)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Co nowego mi przybyło w sierpniu? DM, Rossmann...

W tym miesiącu nie poszalałam jakoś szczególnie. Tzn Michał twierdzi, że zwariowałam, ale on to on - nie zna się :D W każdym razie niewiele zrealizowałam z mojej ostatniej wishlisty, bo tylko jeden kosmetyk z niej mi wpadł. Trudno, powoli będę spełniać moje zachcianki :) 


Udało się zamówić kilka rzeczy z DM i to właśnie z nich najbardziej się cieszę. Wpadło też kilka "zwyklaków" z Rossmanna.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Pierwsze rozdanie u Kotka Pstrotka!

Tyle czynników się nałożyło: mój powrót, prawie 100 postów, ponad 20k wyświetleń, ponad 150 obserwatorów... Chciałabym Wam podziękować za to, że nadal ze mną jesteście :) Nagroda jest raczej skromna, ale mam nadzieję, że kogoś z Was ucieszy.

piątek, 22 sierpnia 2014

Konfetti na mięcie.

Łapię jeszcze ostatnie chwile lata, bo pogoda robi się coraz bardziej jesienna. Halo, lato! Masz jeszcze 3/4 września, żeby trochę z nami pobyć... 



Przebierając zbiory lakierowe, znalazłam mnóstwo brokatów, które leżą zapomniane. Wzięłam do ręki słynne Circus Confetti Essence i aż się uśmiechnęłam na widok różnokolorowych hexów. Dlaczego lakier, który stał się moim marzeniem w momencie, gdy odkryłam blogi kosmetyczne, tak rzadko był przeze mnie używany? Odpowiedź jest banalna. Bo nienawidzę zmywać brokatów. Kiedyś nawet szarpnęłam się na bazę peel off (również z Essence), ale tak bardzo nie przypadła mi do gustu, że leżała zapomniana w pudełku lakierowym. 

Stwierdziłam, że tym razem się przełamię. I nałożyłam bazę, na to dwie warstwy lakieru My Secret w odcieniu Mint (dla mnie ten lakier po prostu jest błękitny bez turkusowych tonów, nie znoszę tej nowej mody na nazywanie miętowym wszystkiego co jasnobłękitne), dwie warstwy Circus Confetti i top matujący Lovely. Całość trzymała się 4 dni, po czym pojawiły się pęknięcia i nawet udało mi się usunąć wszystko, dzięki bazie peel off.






Nie myślałam, że tak bardzo spodoba mi się połączenie brokatu i matu!

PS. Mam dwie tubki podkładu Rimmel Stay Matte w odcieniu 091 light ivory. Podkłady są nowe, nieużywane, nieotwierane. Kupione w kwietniu. Nie będą mi potrzebne, gdyż są w tym momencie dla mnie zbyt różowe. Chętnie wymienię się na coś lub ostatecznie oddam za koszty wysyłki. Jeśli macie ochotę, dajcie znać w komentarzu lub napiszcie maila. Adres znajdziecie w zakładce "kontakt".

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Na ratunek suchym ustom?

Orientana – na sam dźwięk nazwy tej marki robiło mi się słabo z wrażenia. Tyle dobroci, tyle wspaniałych opinii, polska marka, która jest spełnieniem marzeń! Bardzo, bardzo się ucieszyłam, gdy wpadł mi w łapki balsam do ust – wersja granat i liczi.


Moje usta są wymagające. Nie mogę sobie pozwolić na przerwę w nawilżaniu, bo odpłacają suchymi, odstającymi płatami. Mam swoich ulubieńców, jednak przyznam, że lubię próbować czegoś nowego i mieć milion balsamów do ust porozkładanych w strategicznych miejscach. 



"100% naturalny balsam do ust zawiera tylko naturalne składniki. Baza balsamu to masła shea, kokum, kakaowe wzbogacone olejkami roślinnymi i ekstraktami z owocu granatu i liczi. Balsam ma piękny zapach. Doskonale nawilża i odżywia delikatną skórę ust.
Zawiera również bogate w witaminy i składniki mineralne oleje z awokado, sezamu, jojoby, kiełków pszenicy, migdałów oraz ekstrakt z aloesu, a swój piękny zapach zawdzięcza połączeniu naturalnych ekstraktów w granatu i liczi. Wszystkie składniki są naturalne, tłoczone na zimno, nierafinowane, nie poddawane obróbce mechanicznej. Balsam jest tak bezpieczny, że możesz go nawet zjeść."




wosk pszczeli,   masło kakaowe, masło shea, masło kokum, gliceryna, olejek grejfrutowy, olejek sezamowy, olejek migdałowy, olejek awokado, olej marchwiowy, olej z kiełków pszenicy, olej z nasion rącznika, olej słonecznikowy, olejek jojba, witamina E., ekstrakt z granatu, olejek kamforowy, ekstrakt z lukrecji gładkiej, ekstrakt z liczi.



Bardzo ucieszyła mnie wersja balsamu, jaką otrzymałam. Kocham zarówno liczi, jak i granaty. Opakowanie cieszy oko. Marka cieszy się uznaniem. Czyli co? Szykuje się sukces i kolejny hit?


Aby odpowiedzieć na to pytanie, powinnam podzielić recenzję na dwie części, ponieważ dałam mu dwie szanse: jedną w chłodniejsze dni i drugą w cieplejsze.

W zimie balsam nie poradził sobie z moimi ustami. Jego lekka konsystencja była zdecydowanie za lekka. Warstewka balsamu wysychała w błyskawicznym tempie razem z ustami. Wtedy też odstawiłam go, planując dać mu szansę w cieplejsze dni, kiedy moje usta nie są aż tak suche.
W cieplejsze miesiące balsam spisuje się świetnie. Chętnie po niego sięgam. Nadal czuję, że jest trochę za lekki, a w czasie upałów mam wrażenie, że spływa z ust. Mimo to chroni je, nie muszę ich ciągle nawilżać, a i mam wrażenie, że przyczynia się do szybszego gojenia się drobnych ranek (tak, to moje natręctwo, obgryzanie skórek na ustach. Nie jestem z tego dumna).




Tak jak już napisałam: balsam ma lekką, jak dla mnie wodnistą konsystencję. Na wargach wygląda jak bezbarwny błyszczyk. Pachnie całkiem ładnie, ale smak już taki przyjemny nie jest, więc lepiej go nie zlizywać. Balsam jest zdecydowanie wydajny.


Miałam nadzieję, że balsam ten sprawdzi się też w bardziej ekstremalnych sytuacjach. Mimo wszystko uważam, że nie jest zły. Myślę jednak, że bardziej spodoba się posiadaczom bezproblemowych ust ;) 8 gram produktu kosztuje ok 15 zł.

Co stosujecie na problemowe usta?

czwartek, 14 sierpnia 2014

Obłędnie pachnący... bubel?

Musicie wiedzieć: KOCHAM LICZI. Szukając kosmetyku do ciała już dość dawno temu, natknęłam się na masło Liczi & Rambutan Farmony. Liczi? Bierę! Nawet się nie zastanawiałam, haha nawet byłam przekonana, że wzięłam MUS do ciała :D Za masłami nie przepadam, ale stwierdziłam: kupiłam, to zużyję. Niespodzianki nie będzie, bo po tytule widać, jakie mam o nim zdanie...



Gęste masło do ciała o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych oraz fascynującym zapachu dojrzałego liczi i soczyście świeżego rambutanu. Niezwykle słodkie liczi, uprawiane w Państwie Środka od 2000 lat, to symbol i ulubiony owoc chińskich cesarzy z dynastii Ming. Połączone z soczystym, rześkim rambutanem z Malezji nadaje skórze niespotykany, fascynujący aromat letniego wieczoru nad oceanem.Dzięki zawartości afrykańskiego masła Karite głęboko nawilża, odżywia i ujędrnia, sprawiając że ciało staje się zachwycająco miękkie, delikatne i jedwabiście gładkie. Bogata konsystencja pieści zmysły, czarne drobinki masują ciało, a zniewalająco słodki zapach egzotycznych owoców uwodzi i relaksuje.
 
 


Aqua, Butyrospermum Parkii, Isopropyl Myristate, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Glycerin, Cetyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, CI 16255, Parfum, Cera Alba, Cyclomethicone, Glyceryl Stearate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Jojoba Esters,
Iron Oxides, Acrylates C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Geraniol, Citronellol, Limonene.




Masło znajduje się w kolorowym, wesołym, tutti-frutti słoiczku o pojemności 250 ml i kosztuje ok 13 zł. Szata graficzna jest krzycząca, różowa i rażąca, ale z tego co wiem, teraz są nowe wersje opakowania – bardziej stonowane. Konsystencja fajna, maślana, przyjemnie roztapia się pod wpływem ciepła skóry. Nie wchłania się szybko, ale przynajmniej się nie lepi. Widać gołym okiem czarne drobinki, które podczas aplikacji chyba się rozpuszczają i w ogóle ich nie czuć. Pachnie bardzo ładnie, ale czy to liczi? Zapach utrzymuje się dość długo i w żadnym wypadku nie mogę na to narzekać. Nie nawilża jakoś szczególnie, raczej tak doraźnie, jak zniknie całkiem, to skóra jest znowu tępa w dotyku. Czasem brudzi też ręce na różowo. I jeszcze coś, co wydaje mi się niezbyt przyjemne: podczas wmasowywania roluje się. To wygląda jak mnóstwo małych, różowych robaczków. Nie wiem, co jest tego przyczyną, odkąd w ruch poszła kessa i savon noir, nie mam problemów z suchymi skórkami. To jednak całkiem go dyskwalifikuje i choćby miał mi obiad ugotować i potem pozmywać – to był jego pierwszy i ostatni raz w mojej kosmetyczce.




Znacie masła do ciała warte uwagi? :>

sobota, 9 sierpnia 2014

Zakupowe 'must have'!

Walające się po całym mieszkaniu kartki z zapiskami „muszę to mieć” lub „do kupienia w najbliższym czasie” skłoniły mnie do usystematyzowania swojej wishlisty i zebrania kosmetyków w jedno miejsce, żeby o żadnym nie zapomnieć ;)

1, 2, 3, 4

  1. Frutique, złuszczający żel z enzymem papai. Miałam jedynie próbki, a żel rozkochał mnie w sobie całkowicie. Dlatego w niedalekiej przyszłości planuję skusić się na pełnowymiarowe opakowanie.
  2. Kiko, Hydrating Mousse. O tym, że Kiko poza kolorówką ma w swojej ofercie również pielęgnację, uświadomiła mnie Iwetto. Przejrzałam stronę i zaciekawił mnie właśnie ten kosmetyk. Obecnie kosztuje 5€, mam nadzieję, że uda mi się go jeszcze zakupić.
  3. Złuszczająca maska do stóp. Producent raczej bez znaczenia, te maski mają praktycznie identyczne składy. Mimo naturalnego peelingu jakim jest mokry piasek nad Bałtykiem, moje stopy są w opłakanym stanie. Marzy mi się powrót do stópek jak u niemowlaka.
  4. Balea, krem do stóp z 5% mocznika. A jak już maska poradzi sobie ze zrogowaciałą skórą pięt, wypadałoby zadbać o to, by nie wróciły do stanu sprzed użycia maski. O kremie naczytałam się wiele dobrego, uwielbiam wersję do rąk – nie pozostaje mi nic innego, tylko wypróbować!

5, 6, 7, 8


  1. Kiko, lakiery. Czyli coś w rodzaju fatalnego zauroczenia ;) Mam na oku 16 odcieni i mam nadzieję, że któryś z tej gromadki do mnie przywędruje już niedługo.
  2. Pędzle Hakuro. Konkretnie takie do rozcierania granic cieni. Chyba w końcu czas przekonać się do makijażu oka innego niż tusz + eyeliner ;)
  3. Sleek, paleta do konturowania. Odcień Fair lub Light. Prezentują się naprawdę świetnie i choć mam osobno kosmetyki do konturowania twarzy, to taka paleta... ahhhh...
  4. Make up revolution, palety cieni. Podczas mojej blogowej nieobecności blogosferę podbiły palety cieni MakeUp Revolution. Cienie odpowiadające tym na paletach Naked, dobra pigmentacja i trwałość sprawiły, że i ja nabrałam na nie ochoty. W tym momencie zdecydowałabym się na wesołą Matte Brights oraz Iconic 3. 


    Miałyście coś z mojej wishlisty? Polecacie? :>

środa, 6 sierpnia 2014

Demakijaż oczu nareszcie stał się przyjemny...

Mam problemy z doborem kosmetyku do demakijażu oczu. Nie przepadam za mleczkami, lubię płyny dwufazowe, ale większość tych znanych i lubianych kompletnie się u mnie nie sprawdziła. Nie wyobrażam sobie, że stosowany przeze mnie tego typu kosmetyk:
-nie zmywa łatwo makijażu (w związku z tym trzeba trzeć),
-szczypie w oczy,
-tworzy mgłę,
-podrażnia,
-powoduje wypadanie rzęs
Niestety mam "szczęście" do takich kosmetyków. Nie poddaję się jednak i szukam. Robiąc zakupy dla mamy, wrzuciłam do wirtualnego koszyka płyn do demakijażu oczu Organic Therapy. 






ULTRADELIKATNA FORMUŁA
NIE POZOSTAWIA TŁUSTEJ WARSTWY
SKUTECZNIE USUWA MAKIJAŻ
Lekka i delikatna konsystencja płynu do demakijażu oczu sprawia, że demakijaż staje się przyjemny i komfortowy.
Płyn skutecznie usuwa makijaż, nawilża skórę wokół oczy, wygładza zmarszczki mimiczne.
Dzięki organicznemu ekstraktowi Ogórka płyn wyśmienicie nawilża skórę wokół oczu, zapobiega obrzękom i dodaje skórze świeżości i sprężystości.
Organiczny olej Oliwy bogaty jest w Witaminę A, E, kwasy Omega 3,6, które odżywiają i chronią skórę przed przedwczesnym starzeniem się.
Ekstrakt kwiatów Chabra bławatka wykazuje działanie tonizujące, przeciwzapalne i regenerujące.








Aqua with infusions of Organic Cucumis Sativus Fruit Extract, Organic Olea Europaea Fruit Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Centaurea Cyanus Flower Extract;Sodium Cocoamphodiacetate, Glycerin, Panthenol, Hydrogenated Castor Oil, Hydroxyethylcellulose, Allantoin, Parfum, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid


 

Do płynu podeszłam raczej "bez emocji", gotowa na to, że może powtórzyć się historia z poprzednimi kosmetykami tego typu. Możecie się więc domyślać, jaka byłam zadowolona, gdy płyn nie spełnił żadnego punktu z mojej czarnej listy ;) Świetnie radzi sobie z demakijażem oczu. Nie pozostawia mgiełki, nie szczypie w oczy, usuwa cienie, eyelinery, kredki i tusze. Przy tych oporniejszych warto przytrzymać wacik nasączony płynem odrobinę dłużej, ale dla mnie nie stanowi to problemu. Pachnie całkiem przyjemnie, choć nie jest to aromat ogórka. Nie spłyca zmarszczek mimicznych, ale na tym zupełnie mi nie zależało. Jest wydajny, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że nie maluję oczu codziennie. 

 
Znalazłam jednak jeden minus - opakowanie. Niestety moje nie jest zupełnie szczelne.
Za 200ml płynu do demakijażu zapłaciłam około 15zł. Organic Therapy to firma rosyjska, także kosmetyk znajdziecie w sklepach internetowych oferujących kosmetyki rosyjskie, w sklepach ekologicznych, etc. 

 
A Wy macie ulubieńców jeśli chodzi o demakijaż?

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Szybki ratunek po przedawkowaniu słońca.

Lato. Czas wakacji, urlopów, podróży. Nadrabiania zaległości czytelniczych, filmowych, kulinarnych. Czas flirtowania ze słońcem... A flirt, jak to flirt – można się sparzyć. I to, niestety, dosłownie. 

Mnie się udało. Wystarczyło niedokładnie posmarować się kremem z wysokim spf i chodzić brzegiem morza, brodząc po kostki. Efekt? Wyglądałam jakbym wyszła z piekła – całe stopy, do kostek oraz kolana miałam czerwone, spieczone i wrażliwe na dotyk. Nie przesadzę, gdy powiem, że prawie nie mogłam chodzić (bo prócz oparzeń miałam zdarte kolana niczym nieuważny sześciolatek, bawiący się na betonowym boisku ---> uważajcie na wystające pręty i nierówne płyty chodnikowe!) i bałam się, że całe wakacje szlag trafi.
Będąc w usteckim Rossmannie, postanowiłam przyjrzeć się produktom po opalaniu, łagodzącym podrażnienia. Zaczęłam przeglądać składy.
I co? I można się przerazić. Albo i gorzej.

Dlaczego, powiedzcie mi, dlaczego i na co pchać w takie kosmetyki alkohol denat? Dlaczego na drugim miejscu znajduje się parafina, a dalej jest sprytnie zakamuflowana innymi nazwami? Dlaczego producenci wołami na etykietach informują o obecności panthenolu, a na liście między całym tym syfem go NIE MA?
Wściekła jak osa wybrałam coś, co można nazwać mniejszym złem. Nie pytajcie, czemu a) nie poszłam jak człowiek do apteki, b) nie kupiłam czegoś dziecięcego, co łagodzi podrażnienia. Chyba za dużo słońca sprawiło, że miałam zaćmienie.


No dobra, jak zwykle za długi wstęp. Do koszyka trafił kojący żel po opalaniu 5% d-pantenolu Soraya.

Pierwsza pomoc przy przedawkowaniu słońca. Kojący żel z d-Panthenolem jest doskonałym środkiem łagodzącym w przypadku podrażnienia i poparzenia skóry wywołanego zbyt długim przebywaniem na słońcu.
Przynosi natychmiastowe ukojenie podrażnionej przez promienie słoneczne skórze. Formuła z wysoką zawartością d-Panthenolu odpowiednio nawilża, regeneruje i łagodzi. Zawiera delikatnie natłuszczające składniki, dzięki czemu skóra staje się jedwabiście gładka, miękka i przyjemna w dotyku. Żel łatwo się rozprowadza i szybko wchłania nie pozostawiając uczucia lepkości.

Skład:
Aqua, Propylene Glycol, Panthenol, Trideceth-9, PEG-5 Ethylhexanoate, Tetrahydroxypropyl Ethylenediamine, Carbomer, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool.


Jak widać niestety zawiera sporo substancji, które mogą uczulić. Przekonał mnie jednak panthenol i
dlatego postanowiłam zaryzykować.
Całe szczęście, że mogę powiedzieć: nie żałuję. Za 100ml kosmetyku zapłaciłam ok 12zł. Podoba mi się szata graficzna, bo prawdopodobieństwo wystąpienia oczopląsu jest niewielkie (mimo tych słodkich, holograficznych elementów). Wystarczy delikatnie nacisnąć pompkę i na zewnątrz wydostaje się odpowiednia ilość żelu. Za to lubię opakowania airless.



Sam kosmetyk jest całkiem przezroczysty, konsystencja (uwaga, szok) żelowa, łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Skóra się nie lepi, jest przyjemnie schłodzona. Żel pachnie niestety dość mocno, choć nie jest to nieprzyjemny zapach. Kojarzy mi się z jakimś „zwykłym” żelem pod prysznic.



Ale najważniejsze dla mnie jest to, że przy regularnym wmasowywaniu go w podrażnione miejsca, obrzęk i zaczerwienienie dość szybko zeszły i nie straszyłam już turystów w Ustce (tak, zdarzało się, że byłam zaczepiana przez zatroskanych przechodniów z pytaniem, co mi się w kolanka stało. Kolanka to mają pod zlewem, o. :<). Skóra była delikatnie, ale przyjemnie nawilżona i nie była już taka napięta. Dyskomfort znikł.
Żel ten nakładałam też mojemu M. na spieczone plecy i również był zadowolony.
A w Rossmannie rozczuliła mnie pani, która też szukała tego typu kosmetyków i słysząc moje narzekania na skład, poczekała, aż wybiorę, a potem myk – to samo do koszyczka ;)
Następnym razem (oby takich nie było) pobiegnę jednak do apteki, albo sama ukręcę kojący krem.

piątek, 1 sierpnia 2014

Słodka landrynka od Golden Rose.

W lato, jak zapewne większość z Was, stawiam na jasne, radosne i wyraziste kolory. Te, podkreślone przez opaleniznę, prezentują się naprawdę dobrze. ;)



Ostatnio na moich paznokciach znalazła się emalia Golden Rose z serii With Protein, nr 269. To uroczy, różowo-koralowy odcień, przypominający mi nieco landrynki.



Jak dla mnie lakier ten nie ma żadnych minusów! A muszę przyznać, że obaw miałam niemało. Ma idealną konsystencję (nie leje się, ale nie jest zbyt gęsty), dobrze kryje - już pierwsza warstwa wygląda znośnie (mimo tego na paznokciach oczywiście wylądowała druga warstwa wyrównująca), pięknie lśni bez żadnego top-coatu, nie odbarwia płytki, zmywa się bez problemu. Pędzelek jest raczej średni w kierunku wąskiego, jednak wygodnie się nim operuje. Jeśli chodzi o trwałość, to nie będę się wypowiadać ze względu na to, że zmywam paznokcie po 3 dniach – do tej pory jednak lakier dzielnie wytrzymywał. Gdyby wszystkie lakiery z tej serii były tak idealne... ;)



Za lakier zapłaciłam 3,50zł (12,5ml!) w sklepie Golden Rose w Maximusie. 


W słońcu


W cieniu

Najlepiej oddaje kolor :)

Lubicie takie kolory na paznokciach? 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...