środa, 5 sierpnia 2015

Nowości - lipiec 2015

I już po lipcu! Bardzo szybko zleciało, niestety. W tym miesiącu nie szalałam też z zakupami kosmetycznymi, z prostego powodu: wolałam zaoszczędzić na wakacje :) Swoją drogą część kosmetyków, które zaraz przedstawię zakupiłam właśnie w Zakopanem ^^;




Zacznę od pielęgnacji ciała, w zeszłym miesiącu cieszyłam się, że nie kupiłam nic z tej kategorii, a teraz coś wpadło. W Rossmannie zakupiłam oliwkowe mleczko do ciała, słyszałam o nim trochę, któraś z Was mi nawet chyba je kiedyś poleciła. W każdym razie ma dziwną konsystencję, do której muszę się przyzwyczaić. Miałam nadzieję na coś naprawdę leciutkiego, jednak to zwykły balsam jak dla mnie. Kosztował 6,99zł. 



Na razie odstawiłam, bo... zachciało mi się masła do ciała :D Tak, tylko krowa nie zmienia zdania ;) Planowałam zakupić kakaowe z Ziai, ale trafiłam w Netto na masło do twarzy i ciała mango i pomarańcza Lovena. Na twarz nie będę nakładać, jednak na ciało całkiem się sprawdza. Przyjemnie pachnie i szybko się wchłania :) I nie ma w sobie parafiny! Szata graficzna nie zachwyca, ale w końcu nie trzymam tego masła na widoku. Koszt: również 6,99zł.



Tuż przed wakacjami zachciało mi się pomarańczowych, neonowych paznokci. Popędziłam więc do Rossmanna, gdzie zastałam jeszcze limitowankę Lovely z neonami i zgarnęłam pomarańczowy lakier. Dobrałam do tego biel, bo wszystkie białe lakiery, jakie miałam, nadawały się już tylko do wyrzucenia. Biel kosztowała 5,99, a neon chyba 7 z groszami.



Podczas pobytu w Zakopanem, drobne zakupy robiliśmy w małym samoobsługowym sklepie. I przeżyłam mały szok, gdy zobaczyłam, że na półeczce ustawione są lakiery Wibo ze starej serii Express Growth oraz Celebrity. Wszystkie za 3,80zł. Biedny Michał nie mógł mnie odciągnąć od półki, a ja jak zaczarowana oglądałam prawie każdą buteleczkę. I wiecie co? Znalazłam lakier, który dawno temu widziałam na jakimś blogu, kompletnie mnie w sobie rozkochał i... nigdzie nie mogłam go znaleźć. Potem nastąpiła zmiana designu, a ja zapomniałam o tym odcieniu. I znalazłam go na półce w sklepiku w Zakopcu <3 Mowa o fiolecie ze złotym shimmerem. Dobrałam potem pistację z serii Celebrity, a potem piękny turkus z tej serii, oba z delikatnym pyłkiem. Oba cudne <3



Tyle z moich zakupów, tym razem nie ma tego dużo. Niestety lakiery znowu przeważają... Ale teraz, kiedy moje paznokcie dobrze wyglądają, to jak mogę ich nie malować? :) W sierpniu zakupów kosmetycznych prawdopodobnie nie będzie, poza oczywiście niezbędnymi rzeczami. 

P.S. Relacja z pobytu w Zakopcu jest już w wersjach roboczych, jednak wyszedł mi taki tasiemiec, że nie wiem, czy będzie Wam się chciało czytać xD

sobota, 1 sierpnia 2015

Max Factor 2000 Calorie Dramatic Volume - moje starcie z "legendą".

Od jakiegoś czasu używałam tylko jednego tuszu - Miyo Big Fat Smoky Lashes. W sumie nie wiem, czemu jeszcze o nim nie napisałam Oo. Dziś jednak chciałam skupić się na maskarze Max Factor 2000 Calorie. Na pewno pamiętacie niedawną promocję w Rossmannie. To właśnie wtedy zakupiłam dwa tusze: właśnie ten oraz Wibo Extreme Lashes. Jak wypadło moje spotkanie z jednym z bardziej znanych tuszy do rzęs?



Kosmetyk zamknięty jest w eleganckim, czarnym opakowaniu ze złotymi napisami. Możemy dostrzec takie informacje jak kolor tuszu (wydaje mi się, że dostępna jest również wersja brązowa), czy obietnica producenta - tusz ma pogrubiać rzęsy o 300%. Szczerze mówiąc śmieszą mnie takie zapewnienia, ale nie brałam ich pod uwagę, gdy wrzucałam tusz do koszyka. 

Szczoteczka chyba najbardziej tradycyjna, jaka może być. Na początku troszkę się zmartwiłam, bo po poznaniu szczoteczek silikonowych, wcale nie miałam ochoty wracać do tych z tradycyjnego włosia. Jednak tu jest dobrze. Może odrobinę za dużo nabiera tuszu, jednak wystarczy delikatnie przetrzeć czubek ręcznikiem papierowym.



Efekty możecie zobaczyć poniżej. Ja jestem bardzo zadowolona, bardzo ładnie pogrubia rzęsy, nie skleja ich i trzyma się bez problemu do wieczora. Nie sprawia problemów przy zmywaniu. Nie podrażnia moich oczu, co niestety zdarzyło się w przypadku sławnego tuszu Lovely. Przyznam, że zdarzyło mi się zasnąć przed tv bez wcześniejszego wykonania demakijażu i nie zauważyłam "pandy" pod oczami. Słowem - tusz się nie odbija.

Bez tuszu:

Jedna warstwa:


Dwie warstwy:


Dla mnie to jeden z najlepszych tuszy, jakie miałam okazję używać. Jestem naprawdę zadowolona z zakupu! I choć uwielbiam testować nowości, jeśli chodzi o maskary, ta na pewno będzie stale obecna w moim pudełku z kosmetykami. 

Jakie tusze lubicie? Znacie ten?

poniedziałek, 27 lipca 2015

Wizyta w salonie Topestetic - moje wrażenia

Jakiś czas temu Ola z bloga HiDiamond zaprosiła mnie do salonu Topestetic, bym towarzyszyła jej w zabiegu regeneracyjnym Olaplex. Jako osoba towarzysząca również mogłam skorzystać z wybranego zabiegu z oferty salonu. Zdecydowałam, że będzie to strzyżenie. Na wstępie powiem, że bardzo boję się fryzjerów i tego, co zastanę później na głowie, więc sama o sobie powiem, że jestem bardzo odważna :D

Salon Topestetic mieści się na warszawskim Wilanowie, dokładnie na ul. Branickiego 12 lok 4. Dojazd jest bardzo prosty, byłam pewna, że gdzieś po drodze się zgubimy, jednak jest to po prostu niemożliwe.
W oczy rzuca się piękny wystrój salonu. Podczas gdy czekałyśmy na swoją kolej, zaproponowano nam coś do picia, siedziałyśmy sobie na wygodnych kanapach, a Ola od razu zauważyła duży słój Yankee Candle :)


Pierwsza na zabieg udała się Ola. Kiedy Ola się regenerowała, zaproszono mnie do wypróbowania maseczki nawilżającej Bioxidea Miracle24. Muszę przyznać, że to była pierwsza moja wizyta na takim zabiegu, jednak od razu mówię: na pewno nie ostatnia! Przy wejściu do gabinetu od razu zwróciłam uwagę na wystrój, unoszący się zapach - delikatna wanilia, nienachalna, unosząca się gdzieś w tle oraz relaksacyjną muzykę. 


 Przemiła pani kosmetolog najpierw wykonała demakijaż całej twarzy z delikatnym masażem, następnie zostałam poinformowana o składnikach występujących w maseczce. Maska jest wykonana z bio-celulozy, jest nasączona tymi wszystkimi dobrociami - ekstraktem z liści aloesu, z owoców, peptydami, kolagenem, koenzymem q10, aminokwasami, kwasem hialuronowym. Czułam się dziwnie mając ją na twarzy, a musiałam spędzić z nią około pół godziny. Właśnie tak długo producent zaleca trzymanie tej maski. Na szczęście czas ten spędziłam relaksując się i odpoczywając. Po tym czasie maska została zdjęta, a resztki preparatu wmasowane w twarz. Pierwsze, co zwróciło moją (i nie tylko) uwagę, była gładkość mojej skóry. Nie pamiętam, kiedy była tak miękka i wyraźnie nawilżona! Według producenta pełen efekt pojawia się po 5 godzinach i to prawda - z początku nie zauważyłam rozświetlenia, jednak gdy tylko wróciłam do domu, to Michał spytał, czy robiłam też coś z twarzą. Było widać różnicę :)



Potem przyszedł czas na strzyżenie. Pani po kilku "przymiarkach" długości włosów zaproponowała mi boba, jednak na takie szaleństwo nie byłam jeszcze gotowa, choć nie wykluczam tego w przyszłości... 



Włosy zostały dwukrotnie umyte i pokryte odżywką. Jeśli chodzi o cięcie, to zdecydowałam się na długość leciutko za ramiona, z delikatnie pocieniowanymi końcówkami. Czuję się świetnie w takiej długości, pożegnałam bez żalu zniszczone włosy i cytując Olę: "kot ma nową sierść" :) Podczas suszenia na moje włosy został jeszcze nałożony kosmetyk z keratyną, który sprawił, że włosy były idealne - gładkie, błyszczące, miękkie, zdyscyplinowane.




Zachwycam się sama sobą, choć zdjęcie troszkę nieostre :D

Jestem zachwycona wizytą w Topestetic. Polecam zdecydowanie tym z Was, które boją się fryzjerów i drastycznych zmian lub mają większe wyjście i chcą oddać się w ręce profesjonalistów :) Minęło już trochę czasu od wizyty, a moje włosy nadal ładnie się układają, choć oczywiście, jak to typowa kobieta "płakałam" kilka razy za moimi długimi włosami.
Dziękuję za możliwość skorzystania z usług salonu!

P.S. W najbliższym czasie planuję posty kosmetyczne, jednak zapytam: czy macie ochotę poczytać co nieco o moich wakacjach w Zakopanem?  Gdy odpoczywałam, przyszło mi do głowy kilka swego rodzaju "porad", którymi chciałabym się z Wami podzielić :)

poniedziałek, 6 lipca 2015

Łąka pełna stokrotek

Hej! Jak mijają Wam te parne dni? Szczerze mówiąc rozpływam się, staram się chłodzić mgiełką Apis z ostatniego ShinyBoxa oraz dużo pić. W związku z tak wysoką temperaturą nie mam na nic ochoty, więc dni mijają mi na czytaniu - nareszcie mam na to czas :) Dziś jednak nabrałam chęci na pokrycie nagich paznokci wzorem. Podejść nie zliczę ;) Pokażę jednak to, co ostatecznie zostawiłam, będąc zadowolona z efektu - zapraszam na łąkę pełną stokrotek!



Płytkę zapewne wiele z Was kojarzy z bornprettystore, gdzie można ją znaleźć pod numerem BP46. Moja jednak pochodzi z aliexpress (jej oznaczenie to JQ-46), gdzie zamówiłam zestaw 10 płytek ze stemplem za 5$. Płytki do wyboru można znaleźć TU. Ogólnie bardzo polecam ten sklep, płytki są dobrej jakości, a przesyłki dochodzą bardzo szybko :) 



Stemplowałam białym lakierem do stempli Essence na pięknej zieleni Catrice - Miss Piggy's BF. Środki kwiatków podkreśliłam żółtym lakierem UpGirls, a na to wszystko nałożyłam Seche Vite.



Powiem szczerze, że na początku to właśnie stokrotki najmniej mi się spodobały. Teraz jednak zmieniam zdanie - wyglądają naprawdę przesłodko! 




Lubicie kwiaty na paznokciach? :)

P.S. W niedzielę wyjeżdżam na wakacje, mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się wrzucić tu relację z wizyty w Topestetic. Jednocześnie zapraszam Was na mojego instagrama, gdzie zapewne będę wrzucać zdjęcia ze szlaków :)

wtorek, 30 czerwca 2015

Nowości - czerwiec 2015

No i znowu się nie udało: czerwiec miał być miesiącem, w którym trochę przystopuję z zakupami ;) Plus jest taki, że w czerwcu były moje imieniny, więc część rzeczy, które zobaczycie niżej, to prezenty :)


Zapraszam Was zatem na prezentację kilku nowości. Dominują nowości paznokciowe i włosowe, co pewnie nikogo nie dziwi... Zapasy kosmetyków do ciała i twarzy poczyniłam w poprzednich miesiącach, więc przynajmniej to odpadło z mojej listy zakupowej :) 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Balea, peeling do ciała z solą z Morza Martwego

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości mojego przyjaciela mieszkającego w Niemczech, stałam się posiadaczką kilku kosmetyków z drogerii DM. Wśród nich był słoiczek z peelingiem do ciała z solą z Morza Martwego marki Balea. Lubię mocne peelingi, a w tym zaintrygował mnie też bardzo przyjemny skład. Jak sprawdził się ten peeling?



Peeling zamknięty jest w wygodnym słoiczku. W nakrętce zrobione są wyżłobienia, dzięki czemu nie ma problemu, by otworzyć opakowanie nawet mokrymi rękami. Szata graficzna jest prosta, wszelkie informacje wypisane są oczywiście po niemiecku.



Peeling ma dość zbitą konsystencję, pachnie delikatnie trawą cytrynową. Drobinki soli są duże i ostre, jednak sam kosmetyk doskonale rozprowadza się dzięki zawartości olejów. Mam jednak pewien zgrzyt z tym kosmetykiem. Z niektórymi rzeczami nie warto przesadzać, nawet, gdy są dobre. I to właśnie tyczy się olejów w składzie. Po użyciu peelingu na skórze czujemy tłustą powłokę. Nie jest to przyjemny film, jaki czułam np. po użyciu peelingu Stenders, film ten mogłabym zebrać szpatułką w postaci "masła" :( Okropne uczucie. Próbowałam też zmywać peeling normalnie żelem pod prysznic, jednak wtedy skóra zachowywała się tak, jak zawsze: była nieprzyjemnie szorstka. Dlatego też resztka kosmetyku skończyła jako peeling do stóp. Wydajność bez szału, na całe ciało użyłam kosmetyku może 5 razy. Cena: ok 3€/250ml



Powrotów nie będzie, ale nie płaczę z tego powodu - jest tyle ciekawych peelingów dostępnych w Polsce, można je zrobić także w domowych warunkach! :)

środa, 24 czerwca 2015

Czerwcowy Shinybox - mój pierwszy kosmetyczny box ever




... i na wstępie od razu muszę przyznać, że zachwycona nie jestem... Zamówiłam pojedyncze pudełko głównie ze względu na obecność odżywki Magic Lash. Chciałam sprezentować ją mamie, a przy okazji wreszcie przekonać się na własnej skórze, jak to jest z tymi boxami ;) 



1. MagicLash - serum stymulujące do rzęs, produkt pełnowymiarowy, cena: 99zł/5ml
Tak, jak już wspomniałam, kupiłam pudełko głównie dla tego serum. Sama nie będę używać, mam nadzieję, że spodoba się mojej mamie, która marzy o ładniejszych rzęsach. 

2. Lillamai - peeling algowy do ciała, 50ml, cena: 51zł/120ml
Malutkie opakowanie peelingu do ciała, marka mi jeszcze nieznana ;) Cieszę się, że będę mogła wypróbować ten peeling, choć pewnie wystarczy mi na 2 oszczędne zastosowania. Co najciekawsze, siedziba marki znajduje się rzut beretem ode mnie :)

3. Apis - mgiełka do twarzy i ciała, produkt pełnowymiarowy, cena: 24zł/150ml
Moje pierwsze spotkanie z marką, cieszę się, że to akurat mgiełka, bo uwielbiam tego typu kosmetyki, szczególnie latem. Cieszę się też, że przypadła mi wersja z wodą z gałązek oliwnych oraz ekstraktem z oliwek, bo wyjątkowo lubię się z oliwkami.

4. Silcare - masełko do skórek, produkt pełnowymiarowy, cena: 9zł/12ml
Na razie nie otwieram, ponieważ jakiś czas temu kupiłam inne masełko do skórek i bez sensu, bym otwierała to. Do tego kosmetyku podchodzę zupełnie obojętnie, może gdybym akurat nie stosowała innego, to bardziej bym się ucieszyła?

5. Glazel Visage - cień do powiek wypiekany terracotta, produkt pełnowymiarowy, cena: 30zł/9g
I tu zgrzyt, napędzony głównie przez fanki Shinybox na facebooku. Sporo z nich było niezadowolonych z obecności tego cienia w pudełku. Pomyślałam sobie, że jak pudełko będzie już u mnie, to sprawdzę, co to za kosmetyk. Trafił mi się odcień 23, złoty brąz. Kolor jest bardzo ładny, ale... pigmentacja jest zerowa. Spróbuję jeszcze nabrać na mokro. Na palcu było widać kolor, jednak gdy delikatnie potarłam dłoń, to zostały na niej tylko dość duże, nachalne drobinki brokatu, koloru brak. :'(



Dodatkowo w pudełku były jeszcze kupony rabatowe oraz próbki kremów bb Skin79. Z tego akurat się cieszę, bo na ten krem już dawno miałam ochotę.
Członkinie klubu Vip otrzymały dodatkowo krem do rąk The Secret Soap Store, a subskrybentki żel peelingujący Dove. Do pojedynczych zamówień dodawano też kosmetyk BingoSpa, jednak dopiero do późniejszych zamówień. W związku z tym, że pudełko zamówiłam praktycznie od razu, gdy się pojawiło, to nie mogłam otrzymać dodatkowego kosmetyku BingoSpa.

Nie wiem, co sądzić. Z jednej strony jestem bardzo zadowolona z prezentu dla mamy, z peelingu i mgiełki. A z drugiej? Jestem trochę zawiedziona, miałam nadzieję, że urodzinowe pudełko będzie naprawdę wypaśne. Zdarzało się, że zwykłe pudełka były dużo bardziej ciekawsze, nawet jeśli nie były wypełnione po brzegi kosmetykami. Nie wykluczam jednak ponownego zamówienia pudełka w przyszłości :) 

A Wam jak się podoba?

sobota, 30 maja 2015

Nowości - maj 2015

Robiąc sobie krótką przerwę od nauki, wpadam tutaj by pokazać Wam nowości maja :) Ubiegły tydzień był dla mnie dość ciężki (nie dość, że już nauka, to trzy dni miałam wyjęte przez kolkę nerkową), a następne będą jeszcze gorzej, bo niestety zaczynam już sesję pełną gębą. Większość zaliczeń i egzaminów mam pod rząd, więc sama już nie wiem, jaki system nauki przyjąć, by było dobrze. Do tego dochodzi proseminarium licencjackie i czasem mam wrażenie, że najlepiej byłoby, gdybym do końca semestru położyła przed prowadzącym gotową pracę... ;) 


No, tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do nowości!

Jak już każda z Was wie, w Rossmannie ostatnio były dwie wielkie promocje: -49% na kolorówkę oraz -40% na pielęgnację twarzy. Moje łupy z kolorówkowej promocji już pokazywałam, czas więc na pielęgnację :) Nie obyło się bez trudności: okazało się, że w moim Rossmannie nie ma niczego, na co miałam ochotę. A ochotę miałam na kosmetyki Rival de Loop, bo naczytałam się, że tanie, a dobre. Pierwszy dzień promocji skończył się tak, że w koszyku wylądowały kosmetyki nieobjęte promocją...



...czyli krem BabyDream, gorąco polecany przez Anię z Aniamaluje oraz aloesowy balsam do rąk i paznokci Isana. Krem wzięłam dlatego, że rozpaczliwie szukałam jakiegoś delikatnego kremu, który nie zapcha. Akurat Ania go poleciła, więc stwierdziłam, że nie zaszkodzi spróbować. Kosztował niecałe 5zł. Potrzebowałam też lekkiego kremu do rąk do torebki. Wybór padł na ten balsam i jak na razie trochę przeszkadza mi jego dość intensywny zapach, ale za niecałe 3 zł, na razie może być. 

Po kilku dniach wylądowałam w większym Rossmannie, na Dworcu Zachodnim i myślałam, że wyściskam wszystkie panie, które akurat przeglądały kosmetyki pielęgnacyjne. Było dokładnie wszystko to, co chciałam kupić :D 



Bardzo zainteresował mnie lotion do demakijażu Rival de Loop, akurat mój płyn się skończył, więc stwierdziłam, że za tak śmieszną cenę mogę wypróbować. Jestem zachwycona! Cena? Trochę ponad 2zł...
Wzięłam też krem pod oczy (również Rival de Loop) dla mamy na Dzień Mamy, mam nadzieję, że będzie zadowolona. 



Zainteresowałam się też nawilżającym kremem do twarzy Rival de Loop oraz korygującym Super Power Mezo Serum (śmieszy mnie ta nazwa) z kwasami Bielendy. To moje pierwsze spotkanie z kosmetykiem tego typu, ale czuję, że trafiłam na dobry moment, by je wypróbować. Za krem zapłaciłam niecałe 5 zł, a za serum 16 zł z groszami. 




We wtorek przed wyborami wybrałam się do urzędu miasta, by załatwić niezbędne formalności. Niestety urzędniczka potraktowała mnie jak śmiecia, próbowała zrobić ze mnie głupią, a sama siedziała i piłowała paznokcie w momencie, gdy kolejka do okienka zaczęła się zakręcać. Cieszę się, że był ze mną Michał... Mimo wszystko niesmak pozostał, humor miałam skopany do końca dnia i odreagowałam zakupami. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam w szafie Wibo pomadki Million Dollar Lips - od razu wzięłam dwie, kolory 2 i 4. Capnęłam jeszcze odżywkę do paznokci Lovely z wapniem i witaminą C plując sobie w brodę, że nie pomyślałam o niej w czasie promocji. Co się odwlecze, itd. Z tych zakupów jestem bardzo, bardzo zadowolona :)



Doszły też płytki do stempli, które zamówiłam w zestawie na aliexpress za śmieszne pieniądze. Jak widać, jeszcze nie ściągnęłam folii, ale już wiem, że wzór z jednej płytki nie będzie się dobrze odbijał, bo jest jakby porysowany. Resztę ocenię, gdy już znajdę czas na stemplowe zabawy ;) 



I na deser prezent od mamy z okazji Dnia Dziecka. Ogólnie jestem wzruszona, bo moja mama ma kiepską pamięć, a jednak zapamiętała, gdy raz wspomniałam o tym, że zużyłam próbkę lekkiego kremu nagietkowego Sylveco i byłam zadowolona. Raz też wspomniałam o tym, że kończy mi się ulubiona pomadka :) Dobrze, że jeszcze nie otworzyłam kremu Rival de Loop, bo zabieram się za zużycie pełnowymiarowej wersji kremu Sylveco :D dokładnych cen nie znam, ale z tego, co się dowiedziałam, w sklepie zielarskim w moim mieście jest nieco taniej niż w internecie :)

Uff, mam nadzieję, że post jednak nie jest przydługi ;) Wracam teraz do nauki (w co ja mam włożyć ręce, to ja nie wiem). Pojawiły się u Was posty na temat nowości maja? Podzielcie się linkiem w komentarzu (blogger serio ostatnio szwankuje i nie wszystkie posty widzę), chętnie poczytam :)

sobota, 23 maja 2015

Laminowanie włosów żelatyną, podejście drugie.



A czy udane, dowiecie się w dalszej części notki...

Kawał czasu temu pisałam o swoim przeproteinowaniu włosów. Sama zrobiłam sobie krzywdę: najpierw wykonałam laminowanie żelatyną, a potem używałam odżywek, które miały proteiny w składzie... I długo nie wiedziałam, o co chodzi. W końcu uratowałam swoje włosy: odstawiłam wszelkie proteiny, olejowałam intensywnie włosy i stosowałam odżywki nawilżające i emolientowe.
Gdy włosy odżyły, postanowiłam nadal dostarczać im protein - raz na jakiś czas było ok. Ostatnio natomiast poczułam, że włosy chętnie przyjęłyby mocniejszą dawkę. I zdecydowałam się na kolejne laminowanie.
 Do naczynia wsypałam dwie płaskie łyżeczki żelatyny, zalałam gorącą wodą (nie wiem, jaka ilość, około pół szklanki, lałam na oko) i dodałam dwie kopiaste łyżki maski Kallos Color. Z maski zrobiły się grudki, które trochę się rozbiły w trakcie mieszania łyżeczką.
Umyłam włosy szamponem Isana Med z mocznikiem i na osuszone ręcznikiem włosy nałożyłam mieszankę. Była ciepła. Delikatnie "wprasowałam" ją we włosy, przykryłam czepkiem, a to wszystko zawinęłam w turban z ręcznika. Zmyłam płynem Facelle po 30 minutach.

Jakie spostrzeżenia?

włosy schły bardzo długo, zamiast 2,5h - około 5. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna
taka bomba proteinowa znacznie wypłukała farbę z moich włosów, sprawiając, że z czerwonowłosej stałam się wypłowiałą rudowłosą... Czy też kasztankiem. Przy zdjęciach w słońcu nie było tego widać aż tak, ale w cieniu... :) Akurat nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż planuję pokryć włosy ciemnobrązową henną khadi :)
włosy stały się niezwykle sypkie...
...ale niestety również szorstkie i matowe :( tuż po wysuszeniu mniej porowata część włosów nie odbijała światła tak, jak zwykle...
tam, gdzie mam włosy w gorszym stanie, powstał niesamowity puszek, włosy same w sobie były miękkie, ale wyglądały na niezwykle zniszczone... to + ten wyblaknięty kolor...  nie był to najmilszy widok
ogólnie proste włosy lekko się pofalowały
włos sprawia wrażenie o wiele grubszego

Niżej cała sesja zdjęciowa:





Zwróćcie uwagę na to, jak tragicznie wyglądają same końcówki:




 ALE. Po wyschnięciu podcięłam końcówki, ok 2 cm. Nałożyłam na nie kroplę oleju z pestek moreli  i związałam włosy w koczek-ślimak. I poszłam spać. Rano moje włosy prezentowały się całkiem dobrze... Różnicę widać gołym okiem, jednak włosy nadal sprawiają wrażenie matowych, choć są  bardziej gładkie... 



Sama nie wiem, co o tym sądzić. Z jednej strony przestraszył mnie efekt tuż po wyschnięciu, z drugiej - po nocy był całkiem ok. Ogólnie rzecz biorąc chyba jednak zrezygnuję z takiej bomby proteinowej, jaką daje laminowanie żelatyną, maski i odżywki z proteinami mi wystarczą :)

A wy co myślicie o tym zabiegu?

środa, 20 maja 2015

Skóra głowy też potrzebuje peelingu. Scrub rokitnikowy Natura Siberica.

Lubicie wykonywać peeling skóry głowy? Ja tak, choć nie zawsze pamiętam, by go zrobić. Przyznam szczerze, że nie było dla mnie wygodne babranie się w cukrze i szamponie ;) Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam, że w sklepach dostępny jest scrub do skóry głowy Natura Siberica. Skorzystałam z DDD i zamówiłam sobie ten kosmetyk.



Co mówi producent?
Scrub rokitnikowy do skóry głowy - dla wszystkich typów włosów - głębokie oczyszczenie wzmocnienie cebulek, stymulacja wzrostu - unikalny środek do pielęgnacji skóry głowy. Intensywny scrub o potrójnym działaniu - głęboko oczyszcza skórę głowy, przeciwdziała wypadaniu włosów, zwiększa dopływ krwi do cebulek włosowych.
Reguluje pracę gruczołów łojowych, usuwa łupież. Wchodzące w skład witaminy i aminokwasy  odżywiają i regenerują włosy, ałtajski olej rokitnikowy i marokański olej arganowy sprzyjają produkcji keratyny, zapewniając im blask i trwałość. Nagietek, dzika syberyjska mięta i szczawik jakucki przywracają skórze głowy zdrowy wygląd, odżywiają korzenie włosów.
Zalety produktu
  • Głęboko oczyszcza skórę głowy
  • Wzmacnia cebulki włosowe
  • Stymuluje wzrost włosów
  • Zapobiega pojawieniu się łupieżu

Sposób użycia: nanosimy scrub na wilgotną skórę głowy. Masujemy delikatnie i pozostawiamy na 3 minuty, następnie zmywamy dużą ilością ciepłej wody. Na zakończenie myjemy głowę szamponem z serii NS Professional. Rekomendujemy użycie scrub  raz w tygodniu.


Skład:
Aqua with infusions of :Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Water* (dzika syberyjska mięta), Calendula Officinalis Flower Extract* (nagietek), Arctium Lappa Root Extract* (łopian), Oxalis Acetosella Extract (szczawik zajęczy),Urtica Dioica Leaf Extract* (pokrzywa), Geranium Sibiricum Extract (bodziszek), Juniperus Sibirica Extract (jałowiec), Hippophae Rhamnoides Fruit Oil* (olej rokitnika ałtajskiego), Argania Spinosa Seed Oil* (marokański olej arganowy), Acrylates Copolymer, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Pinus Sibirica Shell Powder, Coco Glucuside, Acrylates/Steareth-20 Methacrylate Copolymer, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Powder (zmielone pestki maliny), Hippophae Rhaimnoidesamidopropyl Betaine, Glycolic Acid, Menthol, Tocopheryl Acetate (witamina Е), Rethinyl Palmitate (witamina А), Sodium Ascorbyl Phosphate (witamina С), Sodium Lactate, Arginine, Aspartic Acid, Sodium Hydroxide, Benzyl Alcohol, Ethylhexylglycerin, Parfum.


 
Kosmetyk zamknięty jest w pięęęęknym opakowaniu. Bardzo podoba mi się szata graficzna! Sama tuba jest trochę niewygodna, z pewnością lepiej sprawdziłoby się też zamknięcie z klapką. Zakrętka niestety łatwo się brudzi - pobyt w łazience przyprawił ją o zacieki, które trudno usunąć ;)
Otwór w tubie jest w sam raz, ani za duży, ani za mały. Scrub nie wycieka samoistnie.



Sam kosmetyk jest dość rzadki. Widoczne są w nim zatopione drobinki peelingujące. Nie są one zbyt ostre, powiedziałabym, że raczej opływowe. Scrub pięknie pachnie, lekko owocowo.
Jeśli chodzi o samo działanie, to, niestety, jestem odrobinę zawiedziona. Spodziewałam się mocniejszego peelingu, a drobinki nie peelingują zbyt mocno. Masując głowę scrubem mam wrażenie jakbym myła głowę zanieczyszczonym szamponem... No właśnie, dla mnie to po prostu szampon, tyle że z drobinkami. Mocno się pieni, a spływająca piana doczyszcza włosy - są skrzypiące, domyte i świeże. Skórze głowy jednak czegoś brakuje... Problem jest też z drobinkami, które bardzo ciężko mi wypłukać z włosów.



Podsumowując, nie jestem do końca zadowolona. Peeling okazał się za słaby, drobinki trudno się wypłukuje, więc ostatecznie wolę pomęczyć się z cukrem i zwykłym szamponem.
Kosmetyk można znaleźć za ok 20 zł w sklepach internetowych z rosyjskimi kosmetykami.

wtorek, 12 maja 2015

Co kupiłam na promocji -49% w Rossmannie?

Mam nadzieję, że nie macie już dość postów o zakupach na promocji w Rossmannie ;) I ja postanowiłam Wam pokazać moje nowe nabytki, choć nie ma ich tak dużo.



W pierwszym tygodniu promocji nie poszalałam szczególnie. Zakupiłam bowiem tylko korektor rozświetlający Wibo i był to zakup pod wpływem impulsu. Czaiłam się na podkład True Match od Loreal, ale stwierdziłam, że nie ma co robić niepotrzebnych zapasów, kiedy i tak mogę go kupić taniej w internecie. Jeśli chodzi o korektor, to jak na spontaniczny zakup jestem bardzo zadowolona :) Nie spodziewałam się tak ładnego, naturalnego efektu!


Niby zakupy w drugi tydzień promocji były skrupulatnie zaplanowane dużo wcześniej, a i tak wyszło zupełnie inaczej :) Miał być tylko tusz Loreal Volume Million Lashes So Couture i błękitny eyeliner Lovely, a jak widać - nie ma ani tego, ani tego. Zdecydowałam się na tusz MaxFactor 2000 Calorie i Wibo Extreme Lashes. 2000 Calorie był wielokrotnie polecany, natomiast na Wibo skusiłam się po przeczytaniu jednej recenzji. I nie żałuję! Zgarnęłam też ostatnie pudełeczko z bazą pod cienie Wibo i eyeliner Lovely, ale w miętowym odcieniu. Błękitu nie chciało mi się szukać, a poza tym mam pigment w identycznym kolorze, którym czasem robię kreski :) 


W trzecim tygodniu promocji do Rossmanna zajrzałam głównie po pomadki w płynie Wibo Million Dollar Lips. Niestety nie było ich, nad czym ubolewam :( mam nadzieję, że niedługo znajdą się w szafach Wibo. Zamiast nich capnęłam dwie matowe pomadki w płynie Lovely, Extra Lasting nr 1 i 3. Nr 1 ostatnio stale gości na moich ustach! Później dołączyły do nich lakiery do ust Wibo, nr 3 i 5, ale tu nie jestem za bardzo zadowolona... 



Miałam też wielką ochotę na szalone neony, więc wrzuciłam do koszyka 3 z 4 neonków Lovely. Czarny Wibo kupiłam do stemplowania, bo nagle wszystkie moje czarne emalie zgęstniały i do niczego się nie nadawały... 



Jak widać, kupiłam głównie kosmetyki Wibo i Lovely. Nie sięgałam po droższe kosmetyki, bo często można znaleźć je w internecie taniej niż podczas ostatniej promocji... 
A wy na co się skusiłyście? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...